|
Tourist information

|

Jak wspomniałem, mogłem trafić do tych sfer w Krakowie przez hrabinę Raczyńską, nie wybrawszy się jednak do niej w swoim czasie z listem
mego ojca, postanowiłem pójść za sugestią Władysława Günthera i oddać się w ręce Władysława Podhorskiego, przedstawiciela owego
środowiska. Czytelnik może pamięta, że podkreśliłem w innych ustępach mojej książki różnice, jakie cechowały życie ziemiaństwa na Kresach
północ -no-wschodnich a ziemiaństwa na Ukrainie i Podolu. Nasze mohylewskie, mińskie, witebskie, wileńskie ziemiaństwo było daleko
skromniejsze, mniej zamożne i demokratyczniejsze niż panowie, którzy na Podolu i Ukrainie posiadali dziesiątki tysięcy hektarów
czarnoziemu, olbrzymie klucze uprzemysłowione, nie tylko z gorzelniami, lecz i cukrowniami. Nie tylko Potoccy, Braniccy, Sanguszkowie
mieli stadniny, wspaniałe pałace, hajduków i lokai bez końca, ale i zwykły ziemianin na Podolu i Ukrainie prowadził życie na daleko
wyższym poziomie niż u nas. Podhorscy tworzyli bardzo bogaty klan, i tryb życia wielu z nich niewątpliwie przewyższał życie przeciętnego
ziemianina na tych południowo-wschodnich połaciach.
Władysław Podhorski był to brunet średniego wzrostu, niezmiernie ceremonialny, grzeczny, mówiący cichym głosem. Jego słowom towarzyszyły
dwa dziwne ruchy: kręcił głową, jak gdyby chcąc wyzwolić się z czegoś dokuczającego mu na szyi, po czym powoli wyciągał do swego rozmówcy
rękę, jak gdyby z zamiarem wymienienia z nim uścisków i wnet ją cofał i spokojnie kładł sobie na piersi. Powiedział mi, że oczywiście
wiele słyszał o moim ojcu, że hrabina Stefanowa Zamoyska urządza dla swej najmłodszej córki Wandy mały wieczorek u siebie w tak zwanym
dworku na Straszewskiego, i że on bardzo chętnie mnie na ten balik wprowadzi. Umówiliśmy się, że przed balem zjawię się w jego mieszkaniu,
skąd wraz z jego kuzynem Władkiem Güntherem i bratankiem Zazą Podhorskim udamy się na bal. Dodał, że powinienem złożyć u pani Zamoyskiej
bilet wizytowy.
Wieczór ten miał się odbyć za tydzień, niewiele więc miałem czasu na swój frak. Obstalowałem go następnego dnia i napisałem do matki z prośbą o pieniądze. Nie poszedłem do najdroższego krawca Szufy, który brał 250 koron za frak, lecz do Stachiewicza na Rynku - zrobił mi go
za 200 koron; nikt nie uwierzy, ale frak ten mam do tej pory, i później krawcy potrafili podłużyć go, dostosowując do mody.
Zazę Podhorskiego, późniejszego słynnego generała, który niedawno w zupełnej biedzie umarł w Londynie (żonaty był z panną Zdziechowską),
poznałem już przedtem. Niebawem bardzo się z nim zaprzyjaźniłem, stale go widując nie tylko na balach, lecz u pani Augustowej Sokołowskiej
i Władka Günthera, jako że u nich mieszkał. Często chodziłem tam na obiady i zwykle we trójkę udawaliśmy się na bale, nie mówiąc o codziennych posiedzeniach w kawiarni w Grand Hotelu, gdzie zbierała się złota młodzież.
W silnym podnieceniu, po raz pierwszy zawiązawszy biały krawat i włożywszy frak, poszedłem do Władysława Podhorskiego. Niewielki, otoczony
ogrodem dom pani Zamoyskiej okazał się wewnątrz bardzo ładny Przedstawiono mnie paniom i pannom o największych polskich nazwiskach, i nadmienię, że nie brakowało między nimi urodziwych. Wśród panów zauważyłem od razu niedużego, szczupłego młodego bruneta, który doskonale
mógłby grać rolę arystokraty w takiej czy innej powieści d'Annunzia. Jak powiedziałem, ten szczupły młody człowiek miał czarne,
jedwabiste, falujące włosy, czarne wąsy, ruchy energiczne, swobodnie rozmawiał i żartował znając wszystkich. Był to Imuś (Hieronim
Tarnowski), syn Stanisława Tarnowskiego. Później, bodaj w czasie pierwszej wojny, ożenił się z Wandą Zamoyska, która właśnie wystąpiła na swoim pierwszym balu. Z Hieronimem Tarnowskim widywałem się, oczywiście, stale w czasie karnawału 1911 i następnie 1913 roku, ale stosunki
miałem z nim raczej odległe, zbliżyliśmy się i polubili dopiero w latach dwudziestych, gdy objąłem katedrę w Krakowie. Wtedy nieraz
jadaliśmy razem obiady i kolacje w Grandzie i dużo rozmawialiśmy o polityce, łączyła nas opozycja do rządów pułkownikowskich.
Imuś Tarnowski i Władek Günther prowadzili tańce. Bale w Krakowie, a także i w Warszawie, zaczynały się od walca. Należało przetańczyć
jedną, dwie tury jeżeli nie z każdą, to z większością panien, po czym następował kadryl - czysta formalność, która wszystkich nudziła. Po kadrylu - znów walc, tym razem dłuższy. Trudno odtworzyć podniecenie, jakie wywoływały w nas wszystkich, młodych ludziach, skoczne a zarazem płynne, porywające rytmy walca, staliśmy jak konie przed wyścigami, nerwowo czekając chwili, kiedy wolno będzie posuwistym krokiem
podpłynąć do upatrzonej panny. Pamiętam, jak w takich razach pędziłem do Kasi czy Ini Potockich, które zawsze szczególniej mnie wabiły,
ale do których dostać się było trudno z powodu ich powodzenia.
Wreszcie następował mazur, punkt kulminacyjny pierwszej części balu. Rozpoczynał się od ogólnego tańca, uszeregowania par i podziału na czwórki. Pierwsza czwórka zaczynała właściwy taniec. Niełatwo opisać urodę tych mazurów w Krakowie. Już przedtem tańczyłem wiele na polskich balach w Moskwie, w Bigosowie, w Bielicy zwłaszcza, niemało więc widziałem dobrych mazurzystów. Nie porównałbym jednak mazurów
nawet kresowych do tego, co zobaczyłem w Krakowie. Balu u pani Zamoyskiej nie nazwałbym może najbardziej reprezentacyjnym w tym sensie, po pierwsze dlatego, że mazur wymaga dużej sali balowej, po drugie, bo najznakomitsi tancerze na tym balu jeszcze się nie ukazali, zjechali
do Krakowa nieco później. Poznałem ich na balach Pod Baranami u pani Andrzejowej Potockiej. Sławę najlepszych tancerzy owych czasów
posiadali Adam Zamoyski, jego brat Zygmunt (z Wysocka), Edward Plater i Bochenek. Wszyscy z wyjątkiem Bochenka odznaczali się pięknym
wzrostem i bardzo byli przystojni. Gdy oni tańczyli, to wszyscy obecni na balu schodzili się do sali balowej, aby przyglądać się ich
wspaniałej sztuce tańca. Nawet stare panie i starsi panowie przerywali swoje rozmowy, karty w sąsiednich salonach, albo zajęcia przy
zimnym bufecie, aby wraz z innymi podziwiać ten swoisty balet.

Co mnie w tym ich tańcu uderzało, to precyzyjność rytmu, staccato tancerzy; zwarci w sobie, prowadząc swoje danserki, rytmicznie
podskakiwali, mocno uderzając obcasami w podłogę. Nie wykonywali żadnych zamaszystych ruchów, tylko rękę lewą wznosili do góry, wciąż
widziało się napiętą, ale opanowaną siłę i szybkość. Danserki gładko się posuwały, stale patrząc na swoich partnerów, "kółka",
"koszyczki", "cztery rogi", najrozmaitsze figury szły jedna za drugą, wciąż w nieustającym wirze, przerywanym od czasu do czasu grzmotem
"kogucików". A trzeba dodać, że i wyśmienite orkiestry wybijały znakomicie rytm mazura.
Wreszcie, po wykonaniu wielu rozmaitych figur, padał rozkaz choisissez! Czwórka przystawała i każdy tancerz wybierał partnerkę spośród
panien z innych czwórek, a każda panna nowego tancerza. Zwykle wybierano najlepszych, bo wyczyny pierwszej ósemki znaczyły nie mniej niż
parada pokazowej czwórki; i znów "cztery rogi", "kółka", "w jedną kolumnę", chalne, "koszyki" - panowie przerzucali danserki jak piłki, aż
wreszcie pokaz ten kończył się figurą marymoncką, w której czterech tancerzy, trzymanych za ręce przez innych czterech, zsuwało się do środka koła nogami, tworząc w ten sposób krzyż, który obracał się z coraz to większą szybkością, jako że trzymający owych spadochroniarzy
za ręce, tańczyli w mazurowym takcie w kółko. Ta kręcąca się gwiazda obracała się coraz szybciej i można było tylko podziwiać silę rąk i wytrzymałość nóg.
Potem tańczyły następne czwórki, jedna po drugiej, tworząc ósemki, w których wciąż brali udział najlepsi tancerze, jako że panny stale ich
wybierały. Stąd każda nowa ósemka w swej jakości jeżeli nie całkowicie, to przynajmniej częściowo, okazywała się dobrą. Po dwu i pół
godzinach te wyczyny kończyły się mazurem ogólnym i około wpół do pierwszej proszono do kolacji. Partnerka mazurowa automatycznie stawała
się partnerką przy stole. W związku z tym zwyczajem panny, przyjmując zaproszenia do mazura, brały pod uwagę nie tylko kwalifikacje
taneczne młodego człowieka, ale także jego zdolności towarzyskie, umiejętność zabawiania przyjemną, milą, interesującą rozmową. W ogóle
ten właśnie czynnik towarzyski odgrywał dużą rolę w karnawale - młodzi ludzie, którzy się odznaczali wykształceniem, oczytaniem, którzy
potrafili wprowadzić do rozmowy elementy intelektualne, szybko zdobywali sobie popularność nie tylko wśród panien, lecz także wśród
starszych, niejedna bowiem starsza pani lub starszy pan lubili rozmawiać z młodzieżą, i nieraz poruszali w tych rozmowach tematy
kulturalne, literackie, a nawet i polityczne.
Kolacje zazwyczaj nie wyróżniały się specjalną wytwornością kulinarną (na ten temat niemało rozmaitych głupstw i fałszów, jak i na inne
zresztą tematy związane z życiem towarzyskim Krakowa owych czasów, napisała Magdalena Samozwaniec), jako że nie było rzeczą łatwą nakarmić
paręset osób. W każdym razie takie w tym względzie panowały zwyczaje pod Baranami, gdzie tylko bufet zimny, stale służący gościom,
odznaczał się szczególniej rozmaitymi specjałami i smakołykami przywożonymi z Krzeszowic, a także doskonałymi winami, wśród których
szampan odgrywał rolę pokaźną. Natomiast kolacje Pod Baranami znano z rudymentarnej skromności. Zdarzało się jednak, że taka czy inna
rodzina przyjezdna, zwłaszcza z Ukrainy czy Poznańskiego, imponowała Krakowowi swymi wyszukanymi bufetami z kawiorem, kwiczołami,
bażantami i drogimi owocami, ale to przeważnie odbywało się nie na balach, lecz rautach, już w czasie postu, co w pewnej mierze
pozostawało w niezgodzie z religijnym okresem roku, albo na balach u baronów Goetzów-Okocimskich w ich wspaniałej rezydencji w Okocimiu. O tych fantastycznych przyjęciach i zabawach opowiem osobno
Na balach młodzież nigdy się nie upijała; często każdy z nas między jedną a drugą dłuższą turą walca, czy też po odtańczeniu swojej
czwórki w mazurze, biegł do bufetu, aby wypić szklaneczkę szampana, ale szampan ten szybko się z głowy ulatniał w wirze tańca.
Druga połowa balu rozpoczynała się znowu walcem, po czym następował kotylion. Figury organizowano właściwie w ten sam sposób co w mazurze,
różniła się tylko procedura choisissez. Olbrzymie kosze kwiatów z różami, goździkami, liliami, bzem, mimozą, lewkoniami pojawiały się na sali. Młodzi ludzie rzucali się na te kwiaty i bukietami wybierali panny. Tancerki natomiast otrzymywały wstążeczki z butonierkami, i przypinając te butonierki do fraków młodzieńców, w ten sposób wybierały swoich tancerzy Najpopularniejsze panny zawoziły do domu całe
ogrody kwiatów, zaś najpopularniejsi młodzi ludzie mieli fraki całkiem upstrzone butonierkami. Nasi późniejsi dyplomaci nie mogliby
konkurować za pomocą swoich orderów z owymi młodymi ulubieńcami panien krakowskich. Kotylion trwał także parę godzin, po czym bal kończył
biały mazur z oberkiem jako tańcem ostatecznym. Wtedy, już nad ranem, podawano gorący barszcz z grzaneczkami.
Obcy czytelnik zdziwiłby się pewno, gdyby się dowiedział. że te bale, które trwały nieraz do siódmej czy ósmej rano, następowały prawie co wieczór, jeden po drugim; pamiętam, że sam w czasie karnawału 1911 i potem 1913 roku tańczyłem nie mniej niż na jakichś dwudziestu kilku
balach w każdym z tych karnawałów. Dochodziliśmy w tym szale do tego, że gdy, rzadko zresztą, następowała jednowieczorowa, najwyżej
dwuwieczorowa przerwa, czuliśmy się nieswojo i nie wiedzieliśmy co ze sobą robić. Rzecz jasna, że tego rodzaju nieustanna zabawa zatrącała
przesadą i nie dawała właściwie możliwości łączenia jakiejkolwiek mniej lub więcej poważnej pracy z całonocnym tańczeniem. Muszę tu dodać,
że poza tym odbywały się również inne przyjęcia, śniadania, obiady, herbatki, że musieliśmy składać stale bilety wizytowe.
Na początku próbowałem chodzić do biblioteki popołudniu, zwykle jednak zasypiałem nad książkami. Odczuwałem pewnego rodzaju zakłopotanie,
rodzaj zawstydzenia, ponieważ nigdy przedtem podobnego życia nie prowadziłem. Nawiedzały mnie od czasu do czasu ostre wyrzuty sumienia,
nie mogłem jednak obronić się przed pokusą tych zabaw. Zresztą, gdy się raz już w to koło wpadło, zaproszenia sypały się jedne po drugich,
panny zapraszaliśmy z góry na szereg wieczorów i tańców, zapisywały to wszystko w swoich karnetach balowych, które wyglądały jak
kalendarze dzisiejszych sekretarek dyrektorów banku czy ministrów - nie miałem więc sposobu wydobyć się z tej stale pracującej maszyny.
Można, oczywiście, krytykować tego rodzaju folgę, tego rodzaju pobłażanie i bezsilność wobec towarzyskich temptacji, trudno jednak
zaprzeczyć urokowi tych karnawałów. Co gorzej, post właściwie tego życia towarzyskiego nie przerywał. Wtedy właśnie śniadania, obiady,
jours fixes z petits jeux. wieczory muzykalne, rauty zastępowały bale. Wiele osób, którym się nie udało urządzić balu, ponieważ wszystkie
wieczory w karnawale mieliśmy zajęte, odkładało swoje przyjęcia na post. Zmiana w rytmie polegała na tym tylko, że w nocy się spało, a nie
tańczyło, bo rauty kończyły się o dwunastej lub pierwszej. Po poście przychodziła Wielkanoc ze swoimi święconymi, a zaraz potem tak zwany
"zielony karnawał", kiedy znów tańczono. Dopiero z latem kończyło się życie towarzyskie w Krakowie - ludzie wyjeżdżali na wieś, i miasto,
puste i jakby znudzone, spało.
Moje sumienie było tak obarczone, i poczucie, że dalej w podobny sposób żyć nie mogę, stało się tak silne, iż na Wielkanoc 1911 roku
pojechałem na dwa tygodnie do Wiesbadenu, aby tam ją spędzić z rodzicami, i postanowiłem, że po powrocie całkowicie przerwę swoje stosunki
towarzyskie w Krakowie. Dokonałem tego, ale tylko częściowo.
Oczywiście wszystkie te przyjęcia dużo kosztowały pieniędzy, nie sądzę jednak, aby tak dużo, jak ten czy ów mógłby sobie wyobrażać. Wiele
domów otrzymywało produkty ze wsi, np. Krzeszowice dostarczały Pod Barany rozmaite kompoty, szynki, kiełbasy, mięso, jarzyny, poza tym
każdy z tych większych domów w Krakowie posiadał bogate piwnice z dobrymi, starymi winami. Ustaliła się tradycja, że najbardziej
arystokratyczne panny posiadały tylko dwie suknie na cały karnawał, prano je i prasowano. I o tym Magdalena Samozwaniec rozmaite niemiłe
bzdury napisała. Prawdą jest, że te panieńskie "mundurki", podobnie jak nasze fraki (paru tylko paniczyków kresowych posiadało dwa fraki),
pod koniec karnawału wyglądały już mocno sfatygowane, nikogo to jednak nie raziło. Niektórzy młodzi ludzie mieli kłopoty z koszulami, jak
np. słynny w Krakowie ze swego wzrostu i tuszy Tudzio Wołkowicki, który strasznie się pocił, więc przywoził ze sobą na bale zapasową drugą
koszulę. Tylko kilka młodych mężatek, a także panny wychowane za granicą, odznaczały się szczególnie pięknymi toaletami i dużą ich
rozmaitością, ale to nie należało do dobrego tonu. Porywające, czarowne fale walców Straussa, zawrotne rytmy mazura, nie mówiąc już o szalonym oberku, zaślepiały nas, nie do tego stopnia jednak, abyśmy nie rozpoznawali i nie oceniali urody - a suknia niewielką w tym
względzie odgrywała rolę. Przemiłe były te chwile, gdy szczególniej urodziwe panny, wdzięczne, wesołe, nieraz filuterne, często
inteligentne, z wielką uwagą sprawdzały w swoich carnets de bal wolne daty i tańce, a my zaś, czekając na wyrok, także z notesikami w ręku, zapisywaliśmy łaskawą zgodę. W roku 1911 mogłem sobie pozwalać na to, aby prosić do owych głównych tańców, mazura i kotyliona, te
same panny, ponieważ nie uchodziłem za konkurenta, stąd częste tańczenie z jedną i tą samą panną nie nabierało znaczenia. Jakże
romantyczne, czyste i idealistyczne były wszystkie te sentymentalne oczarowania i zachwyty! Pamiętam tak dobrze krótki, szybki, gorący
oddech moich partnerek w długim walcu, a także gorącość piersi pod moim ramieniem. A jednak nigdy żadna ukryta, tajemna chęć odczuwania
czegoś więcej niż naturalnej wesołości i radości tańca nie zakłócała tego uniesienia.
Szczególniej lubiłem tańczyć z dwiema starszymi córkami pani Andrzejowej Potockiej. Andrzej Potocki, jak wiemy, był jedną z najwybitniejszych figur w ówczesnym wielkim świecie krakowskim. Gdy został namiestnikiem Galicji, zamieszkał we Lwowie. Ukraiński
terrorysta zabił go w roku 1908. Jego bardzo piękna żona Krystyna, Tyszkiewiczówna z domu, głęboko przywiązana do swego możnego i władczego męża, nosiła po nim długo ciężką żałobę i do końca życia czarnej sukni nie opuściła. Otworzyła dom po raz pierwszy od jego
śmierci dopiero w roku 1910, jako że dwie jej starsze córki, Katarzyna i Maria, które wszyscy nazywali Kasią i Inią, dorosły i stały się
pannami na wydaniu. Bale Pod Baranami wydawała p. Potocka we wtorki, miała zazwyczaj cztery wtorki (zależało to od długości karnawału) i ustaliła tradycje, że karnawał zaczynał się i kończył Pod Baranami - kończył o dwunastej w nocy, gdy podawano kanapki ze śledziem jako
znak początku postu. Ale ten oficjalny koniec karnawału zapadał jedynie w opinii matek i panien, lecz nie młodych ludzi. Ci z nas, którzy
mieli literackie i artystyczne koneksje, którzy uczestniczyli w krakowskiej bohemie, całkiem bogatej, nasyconej tradycjami Paryża i Monachium, udawali się po śledziu Pod Baranami do kawiarni Michalika - kawiarni, w której stale się zbierali pisarze, poeci, malarze,
aktorzy wraz ze swoimi przyjaciółkami. Ostatnią noc karnawału obchodzono u Michalika szczególniej uroczyście. Całą kawiarnię dekorowano
różnokolorowymi wstęgami, lampionami, goście pojawiali się w maskach, w kostiumach, rozrzucano confetti, które osypywały tańczących
barwnym fantastycznym śniegiem, i serpentyny, które całe to szumne, skłębione zbiorowisko opasywały jak gdyby czerwonymi, żółtymi i zielonymi pasmami i promieniami. A tu znów jak gdyby wciąż byty żywe w Krakowie tradycje nie tylko francuskie, ile włoskie arlekinady.
I oto do tego wesołego, rozhukanego tłumu wchodziliśmy z ceremonialnego balu u pani Potockiej. Cały ten tłum, jak rzekłem, występował w maskach i kostiumach. Gdy po raz pierwszy z przyjaciółmi tam pojechałem, miałem pewne wątpliwości, czy możemy się na tej maskaradzie
ukazać w swoich frakach. Bardzo szybko ta wątpliwość została rozwiana. Skoro tylko znaleźliśmy się w kawiarni, zdjęliśmy fraki,
wywróciliśmy rękawy, włożyliśmy je znów na siebie i rzuciliśmy się w sam środek tańczących.
Wacław Lednicki, "Pamiętniki", Tom II,
B. Świderski - Londyn 1967
|
|